środa, 4 stycznia 2017

Magia sprzątania czyli o tym jak nie zostałam japońską perfekcyjną panią domu ;)


Witajcie w 2017!

Nowy Rok, nowy post, nowy cykl na blogu. W końcu. Chyba uda mi się wreszcie wrzucić recenzję książki. Obiecywałam już dawno, wiem. Uwierzcie mi bądź nie, ale naprawdę zdarza mi się przeczytać książkę ;) Nie tylko wypieki, zakupy, ubrania i kosmetyki mi w głowie. Owszem, kiedyś częściej sięgałam do biblioteczki, teraz niestety ze względu na brak czasu, trochę zaniedbałam ten element mojego życia. Pewnie kiedyś nadrobię, jak chłopcy 18 lat ukończą :) ;)

A właśnie, a propos chłopców, to jak już pewnie wiecie, mam ich w domu trzech. Tak, trzech muszkieterów, dwóch małych, jeden nieco większy (tak ze 194 cm "na oko"). Bałagan robią niesamowity, naprawdę są w tym nieźli. Nie żebym narzekała, bo pomagają także w sprzątaniu, ale nie ukrywajmy, testu "białej rękawiczki" raczej byśmy nie zdali :) A że ja śląska baba jestem i porządek lubię, to czasem mam ochotę dosłownie strzelić sobie w łeb, widząc mój piękny dom pogrążony w chaosie. Natknęłam się gdzieś, kiedyś na recenzję książki Marie Kondo pt. Magia sprzątania. Zainteresowała mnie niesamowicie, bo ta magia i ten klimat, więc zaczęłam zgłębiać temat. Przeczytałam jeszcze kilka recenzji, zobaczyłam wywiad z autorką i mówię, nie ma zmiłuj, trzeba przeczytać, to książka stworzona dla mnie. Będę miała wysprzątany elegancko dom i to małym nakładem pracy, wyrzucę zbędne graty, poznam nowe metody na szybsze i skuteczniejsze ogarnianie chaosu, będę miała więcej czasu dla dzieci, czegóż chcieć więcej?

Taaaaaaa....

Marie Kondo jest czołową ekspertką od sprzątania, taka japońska Małgosia Rozenek, z tym że na serio, a nie tylko dla potrzeb programu telewizyjnego. Prowadzi własną działalność w Tokio, pomagając klientom przemienić zagracone domy w oazy ładu i spokoju. Marie od najmłodszych lat zafascynowana była porządkiem, ładem, segregacją rzeczy, układaniem, wymyślaniem systemów porządkowania rzeczy itp. Jednak nigdy nie była zadowolona z efektów swojej pracy, gdyż sprzątanie zajmowalo jej za dużo czasu, trzeba było to robić ciągle, bo jednak cały czas się bałaganiło. Wewnętrznie czuła niedosyt, to nie było to, do czego dążyła. Ostatecznie, po wielu latach opracowała metodę KonMari, która w skrócie polega na dokonaniu takich zmian w swoim otoczeniu i życiu, które pozwolą osiągnąć stan trwałego ładu. Brzmi filozoficznie? Owszem, KonMari to nie tylko metoda sprzątania, to właściwie filozofia życia. Znając i stosując jej zasady, nie tylko posprzątamy już na zawsze nasze otoczenie, ale także uwolnimy się od natłoku rzeczy, lęku przed nieznanym, zakończymy toksyczny związek, zrzucimy zbędne kilogramy czy odważymy się na rzeczy, o które nigdy byśmy siebie nie podejrzewali. I tu nastąpiło pierwsze moje zwątpienie, bo przecież mi chodziło tylko o to, żeby porządek w domu mieć, a nie życie swoje przebudowywać. Ale że wytrwała jestem i jak już coś zacznę, to dokończyć muszę, więc czytałam dalej.

Generalnie większa część książki poświęcona jest przekonywaniu czytelnika o tym, iż ład i porządek wokół niego zapewnią mu spokój ducha i natchną do zmian w życiu. Sprzątanie, a raczej porządkowanie rzeczy powinno być stałym nawykiem, wykonywanym regularnie i starannie, co pozwoli na szybkie ogarnianie przestrzeni wokół siebie. Prawdziwe sprzątanie, takie generalne, robimy tylko raz i koniec. Potem już tylko po prostu odkładamy rzeczy na swoje miejsce ;)
Naczelną regułą jest pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy. Tak, to zdecydowanie najczęściej powtarzane frazy w książce, wyrzuć, wyeliminuj, pozbądź się. Marie Kondo przytacza liczne przykłady klientów, którzy wyrzucali 50% zawartości swoich mieszkań podczas jej wizyt. Trudno się tu nie zgodzić. To zrozumiałe, że mniejszą ilość rzeczy łatwiej jest uporządkować.
Druga zasada to kategoryzowanie przedmiotów i układanie ich w jednym wyznaczonym miejscu, niekoniecznie w tym, gdzie ich używamy na co dzień. Czyli np. książki trzymamy tylko w salonie, na określonej półce, ubrania w jednej szafie, dokumenty w przeznaczonej do tego szufladzie. Unikamy rozkładania rzeczy po domu, tak żeby je mieć pod ręką.
Pojawia się jeszcze kilka innych wytycznych, które obligatoryjnie należy zastosować, aby metoda KonMari sprawdziła się w naszym domu, jak np. wyrzucanie próbek kosmetyków (zgadzam się, rzadko ich używam), nie zastawianie blatów w kuchni (także staram się wszystko trzymać w szafkach, łatwiej się sprząta, gdy nie trzeba wszystkiego podnosić), wyrzucanie opakowań (po butach, sprzęcie itd.), rozpakowywanie od razu nowych rzeczy i urywanie metek i inne ciekawe porady.


Niestety, pomimo wielu niewątpliwie ciekawych rozwiązań, ja nie jestem do KonMari przekonana w 100%. Uważam, że niekoniecznie sprawdzi się ona w każdym domu. Podam Wam przykład z książki, który najbardziej mnie zdziwił, a wręcz rozbawił. Marie każdorazowo po powrocie do domu ma następujący rytuał: zdejmuje buty i odkłada je na miejsce do szafki (idealnie byłoby je przetrzeć i schować do pudełka), ściąga płaszcz i odwiesza do szafy, następnie udaje się do swojego pokoju (garderoby), gdzie zdejmuje ubrania i zakłada domowe odzienie. Potem wyciąga wszystko z torebki, której w danym dniu używała i odkłada w odpowiednie miejsce (np. paragony do teczki z paragonami, portfel i dokumenty chyba do szuflady w przedpokoju, nie pamiętam już), torebce dziękuje za to, że jej dziś służyła (tutaj właśnie pojawia się element magii!), wkłada do worka przeciwkurzowego i odkłada na miejsce. Dzięki tym wszystkim czynnościom, po domu nie walają się paragony, torebki są wszystkie w jednym miejscu, buty zawsze czekają na założenie, a ona zrelaksowana może następnego dnia wyjść do pracy, niczego nie szukając. Wyobrażacie to sobie? Ja absolutnie nie. Gdy wchodzę do domu z dwójką dzieci, rzucam byle gdzie torebkę, odkładam gdziekolwiek zakupy, rozbieram dzieciom buty i resztę, pilnuję żeby umyli ręce i na sekundę czymś się zajęli. W tym samym czasie zamykam nogą drzwi, sama się rozbieram i myję ręce. Zanim cokolwiek odwieszę do szafy, chłopcy zdążą się już posprzeczać, zachce im się pić, ewentualnie siku. Wypakują z toreb zakupowych i zjedzą czekoladę, którą rozsmarują na moich kremowych poduchach na kanapie. Leon wjedzie samochodem w ścianę, której kawałek odpadnie i ściągnie trzy bombki z choinki, a Iwo włączy tv z drącymi się Ninjago. Na 100% zadzwoni wtedy też moja mama z troskliwym pytaniem, jak minął nam dzień oraz zdziwi się, że jestem podirytowana. Kto ma wtedy czas na segregowanie paragonów i gadanie z torebką. No błagam!
Drugi przykład, niekoniecznie po mojej myśli, to wyrzucanie książek lub wyrywanie stron z ciekawymi fragmentami. To takie propozycje w ramach pozbywania się zbędnych rzeczy z domu. Przepraszam, ale mnie uczono, że książki się szanuje i oddaje do antykwariatu, ewentualnie na makulaturę.
Nie do końca zgadzam się również z propozycją zwijania w rulon i układania ubrań pionowo w szufladach, zamiast na wieszakach. Owszem zajmują mniej miejsca, ale nikt mi nie wmówi, że się mniej gniotą.


Reasumując, metoda KonMari raczej nie dla mnie. Owszem jest w niej kilka ciekawych rozwiązań, które stosuję już od dawna (to śląskie wychowanie) lub które może kiedyś wdrożę, gdy już będę dysponować większą ilością czasu. Póki co pozostaje mi trzymać się starych, sprawdzonych metod i zwijać skarpetki w kulki (Marie uważa, że to niedobre, bo skarpetki się męczą w takiej formie), żeby w szufladach panował  porządek.

Zachęcam jednak do przeczytania każdą osobę, która lubi wszelkiego rodzaju poradniki lub która szuka  inspiracji do zagospodarowania przestrzeni wokół siebie. Potraktujmy książkę i samą Marie z dystansem. Niekoniecznie przecież musimy zastosować wszystkie jej zasady, łącznie z magicznymi konwersacjami z torebką czy ubraniami :)
Jakiś czas temu wyszła kolejna książka Marie. Podobno jest bardziej pragmatyczna i znajdziemy w niej więcej porad na temat samego sprzątania, a niekoniecznie filozoficzne wywody na temat magii.


A na moim profilu na Instagramie już za chwilkę konkurs, w którym do wygrania będzie właśnie powyższa książka. Zapraszam :)


Bati

6 komentarzy:

  1. Taaa.... to metoda dla ludzi samotnych, mających dużo czasu i sił, a nie wykończonych walką z potomkami, Już widzę siebie jak wchodzę do domu z moją gromadą i gadam z torebką. Zdecydowanie ;)
    Iza, PomysłNaCiasto

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie :) Buziaki od "siostry" z południa ;)

      Usuń
  2. Chyba nawet nie dla ludzi samotnych, mi i tak brakuje czasu na takie życie. Nie mam czasu na jakieś większe sprzątanie... Kiedyś wmawiali mi że nieład i bałagan jest dobry, bo rozwija kreatywność i tego się trzymam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo widzisz, to może i ja spróbuję ;)

      Usuń
  3. Podpisałabym się pod Twoją recenzją rękami i nogami :) Marie Kondo sugeruje kilka fajnych rozwiązań, ale te rozmowy z torebką, dziękowanie ubraniom, że nam służyły... trzeba traktować z przymrużeniem oka, tak, jak napisałaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Jestem w trakcie czytania drugiej książki Marie Kondo. Trochę więcej w niej praktycznych porad. Jak tylko skończę, napiszę o niej kilka słów. Pozdrawiam :)

      Usuń

Copyright © 2016 Bati RULEZ - Lifestyle blog , Blogger